sobota, 18 stycznia 2014

Prolog

Ściany pokryte były tapetą w drobne, czerwone kwiaty, a na jasnej podłodze leżał miękki, pleciony dywanik. Stał na nim biały stoliczek, oraz dwa obite materiałem krzesełka. Pod dużym oknem z widokiem na las i na rozciągające się nad nim pasmo gór, była komódka. Siedziała na niej przepiękna, porcelanowa lalka o pustym spojrzeniu brązowych oczu.W rogu znajdowało się nieduże łóżko, nakryte haftowaną narzutą. Z sufitu zaś zwieszał się drogocenny żyrandol, skrząc się i mieniąc w słońcu, niczym gwiazda rozświetlająca ponurą noc.
Młoda kobieta powoli przemierzyła pokój, zatrzymała się przed komodą i oparła o nią szczupłe dłonie. Po chwili wahania otworzyła szeroko okno i odetchnęła głęboko rześkim, rannym powietrzem. Po chwili z nieco rozbawioną miną przewiesiła nogi przez framugę okna i zaśmiała się cicho. Lecz po chwili radosny nastrój znikł, a Chamomilla poczuła jak wracają do niej przykre myśli. Zrozpaczona, zlękniona i rozczarowana przez długą chwilę wpatrywała się w rosnącą naprzeciw wiśnię. Z zamyślenia wyrwał ją czyjś zagniewany głos.
- Oh, panno Arvense! Cóż to pani wyczynia? Proszą natychmiast zejść z tego okna. Znając pani marne zdrowie, nabawi się pani wkrótce kataru! - westchnęła gruba pokojówka Margaret. Postawiła srebrną tacę z dzbankiem z herbatą oraz z talerzem ciasteczek na małym stoliku i wyprostowała się patrząc wyczekująco na panią domu. Ta zaś posłusznie zeskoczyła na podłogę i otrzepała błękitną suknię.
- Zdawało mi się, iż to ja powinnam pani rozkazywać, Margaret. - pokojówka wyraźnie się zmieszała, lecz odpowiedziała:
- Ja się tylko o panią martwię. Znam panią od kołyski i wiem, że ma pani skłonność do chorób.
- Już dobrze Margaret - uspokoiła ją Chamomila - Czy wie pani gdzie się teraz podziewa mój mąż? Proszę  abyś go tu natychmiast zawołała. Muszę z nim porozmawiać. - Pokojówka złapała się za serce przeczuwawszy na jaki temat odbędzie się rozmowa.
- Pani Arvense, czy znów...?
- Tak, lecz proszę abyś nic na razie dziewczynkom nie mówiła. To jedynie i zupełnie niepotrzebnie je zasmuci.
- Oczywiście. Hm....Mogę zająć pani chwilę?
- Tak. - Margaret spojrzała nieśmiało na Chamomillę, zanim się odezwała.
- Pani Arvense...sądzę, iż powinni państwo adoptować dziecko. -  Nastąpiła chwila ciszy. Gdy młoda kobieta otworzyła usta nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
- Moja pani...
- Nie wiem skąd taki absurdalny pomysł przyszedł ci do głowy, Margaret. Proszę, nie wspominaj o tym więcej. A teraz tak jak prosiłam wcześniej, idź po Gilberta.
Pokojówka pokornie wykonała polecenie i zostawiła panią Arvense zupełnie samą. Chamomillii słowa służącej dały jednak dużo do myślenia, choć ostro ją odprawiła. Przez głowę przeleciała jej myśl o ślicznym maleńkim dziecku tulącym się do jej piersi. Na moment w jej samotnym sercu zrodziła się nadzieja, iż jej najskrytsze marzenia naprawdę mogą się ziścić i mimowolnie się uśmiechnęła.
Zgrabnym ruchem wygładziła swoją sukienkę starając się ukryć zdenerwowanie. Przysiadła na brzegu krzesła, wsłuchując się w ciszę, którą nagle przerwał odgłos kroków na korytarzu. W drzwiach ponownie pojawiła się pulchna twarz Margaret.
- Nie ma go w gabinecie. Moim zdaniem on już o wszystkim wie. Pewnie jak zwykle poszedł do ogrodu - westchnęła patrząc żałośnie na swoją panią. Kiedy odeszła, Chamomilla wstała i podążyła za nią.
- Margaret rozmawiałaś z nim, tak? - krzyknęła za pokojówką.
- Tak, pani Arvense. Owszem, rozmawiałam.
- I co, co powiedział? - spytała usiłując pokonać zadyszkę.
- Niewiele, moja pani. O adopcji nie chce słyszeć...
- Słucham? - zapytała młoda kobieta z przerażeniem w głosie.
- Tak myślałam. Adopcja to dobry pomysł.
- Wiem, wiem o tym.- przyznała niechętnie - Lecz skoro mój mąż się nie zgadza? Cóż mogę zrobić?
- Niech się pani nie martwi. Ja się wszystkim zajmę.- obiecała służąca z dobrotliwym uśmiechem na twarzy. - Ale co Gilbert...
- Niech się pani nie martwi. On się nie dowie. Rosemarie i Liliana też nie. Jeszcze dziś wyślę wiadomość do pani Mallory, by wybrała dla państwa dziecko. Dziewczynkę, zgaduję.
- Oczywiście. - Chamomilla uśmiechnęła się, a Margaret zadowolona z tego co uczyniła odeszła by zbudzić dwie córki państwa Arvense.
Pani domu ledwo chwytała powietrze ze strachu i podniecenia. Starając się zachować spokój popędziła do ogrodu poszukać męża. Choć była taka szczęśliwa, było jej źle, iż robi coś wbrew Gilbertowi.